Wracasz na Rynek i robisz rundkę wokół ratusza, ale nie „zaliczasz”, tylko błądzisz, w przejściach, zaułkach, na parapetach czeka kilkanaście krasnali, a najważniejsze z nich to Ślepak i Głuchak (47), para, która w swoim stylu przypomina, że nie wszystko trzeba widzieć i słyszeć dosłownie.
Leszko z Wrocławca (46) to już zupełnie inna bajka – nawiązanie do Gitarowego Rekordu Guinnessa, jednej z najbardziej rozpoznawalnych tradycji miasta, gdzie tysiące gitar gra razem „Hey Joe”; Wrocław potrafi robić rzeczy na skalę, nawet jeśli zaczyna od krasnala, a naprzeciw, na przeciwległej pierzei, działa nawet krasnoludkowy oddział jednego z banków, bo tu wszystko da się opowiedzieć po swojemu.
Pod latarnią, niedaleko fontanny, siedzi Stanisław Wolski (33-44) i tu robi się ciekawiej, bo to nie fikcja, tylko konkretna postać; hołd dla twórcy ulicznego Teatru Trzy Szafy, który działał tu na przełomie lat 80. i 90., w czasach kiedy sztuka wychodziła na ulicę i nie potrzebowała sceny, a sam Wolski, znany jako Wolant, był częścią tej barwnej, trochę szalonej kultury miasta. Krasnal Dudkiewicz (33-44) nawiązanie do wieloletniego prezydenta miasta, który za jego kadencji pozwolił tej krasnalowej historii rozwinąć skrzydła. Wiesiek Partnerski (33-44) to z kolei ukłon w stronę współpracy międzynarodowej, konkretnie relacji Wrocławia z Wiesbaden, mały symbol dużych kontaktów, które budują miasto od lat.
I na koniec Lionek (33-44), siedzi na lwie i wygląda dumnie, jakby wiedział, że pilnuje czegoś ważnego; to nawiązanie do Lions Club Wrocław, czyli fundatora, który dołożył swoją cegiełkę do tej miejskiej układanki.
Pozostałe… musicie już znaleźć sami.
Dochodzimy w okolice Hali Targowej i po drugiej stronie, pod Wydziałem Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego, spotykamy krasnala Miodka (60). To oczywiście nawiązanie do profesora Jana Miodka – językoznawcy, który przez lata uczył Polaków mówić i pisać poprawnie, zawsze z lekkością i charakterystycznym humorem, dzięki czemu nawet najtrudniejsze reguły przestawały straszyć. Zaraz obok stoi krasnal Renaty Otolińskiej (61) i tu wracamy do poważniejszej historii. To hołd dla działaczki Studenckiego Komitetu Solidarności we Wrocławiu, rzeczniczki i skarbnika, która w latach 1977–1981 współpracowała z podziemną oficyną NOW-a i była redaktorką niezależnego pisma „Podaj Dalej”. Mała figurka, ale przypomina, że za tą lekką, krasnalową formą stoi też kawał historii oporu i odwagi.
Proponuję na chwilę odetchnąć i zejść na Bulwary Dunikowskiego, jedno z tych miejsc, gdzie Wrocław pokazuje się od najlepszej strony. Widok na Ostrów Tumski, Odra płynąca leniwie i gdzieś po drodze Koparuś (62), który jak zawsze robi swoje.
Stąd kierujemy się w stronę Panoramy Racławickiej, gdzie na koniu, w pozie Kościuszki, stoi dumnie Panoramnik (63) trochę bohater, trochę statysta wielkiej historii. Przechodzimy Mostem Pokoju i docieramy na ostatni punkt spaceru – Ostrów Tumski. Tu klimat zmienia się od razu: ciszej, spokojniej, bardziej nastrojowo. I nawet krasnale jakby to czują.
Jest Gazuś Latarnik (64) ukłon w stronę pana w cylindrze, który do dziś wieczorami zapala gazowe lampy. Jest Miłostróż (69), Rachciach (68), którzy pilnują, żeby nikt już nie wieszał kłódek na moście Tumskim (a było ich kiedyś… no, sporo). Jest Drukarz (67), przypominający o dawnym rzemiośle.
I w końcu jest ławeczka.
Na jednym końcu siedzi Romeo, na drugim Julia (70). Między nimi dystans, jakby czas się zatrzymał dokładnie w tym jednym momencie.
Oczywiście to nie są wszystkie krasnale. Opisałem tylko mały fragment tej historii, bo one ciągle się pojawiają, nowe, inne, czasem zabawne, czasem zaskakująco poważne. Jest ich już kilkaset i prawdopodobnie nigdy nie zobaczysz wszystkich.
I bardzo dobrze.
Bo Wrocław nie jest miastem do „odhaczenia”.
To miasto do wracania.
Kierujemy się w stronę Jatek miejsca, które kiedyś pachniało zupełnie inaczej niż dziś. Oprócz słynnego pomnika zwierząt rzeźnych znajdziesz tu też krasnala Rzeźnika (54), który wygląda, jakby właśnie kończył swoją zmianę sprzed kilku wieków.
Wychodzimy na ulicę Więzienną i robi się trochę bardziej poważnie. Na parapecie, za kratami, siedzi Więziennik (56), przykuty do kuli, jak żywcem wyjęty z dawnych czasów. Sam budynek to dawne miejskie więzienie, jedno z najstarszych we Wrocławiu, gdzie jeszcze w średniowieczu przetrzymywano skazańców. Kilka kroków dalej, przy Pasażu Włoskim (gdzie serio warto zatrzymać się na dobre gelato), na swojej Vespie siedzi Lo Gnomo Italiano (55) totalna zmiana klimatu, jakby ktoś przeniósł cię nagle do Rzymu albo Bolonii.
Idziemy dalej pod Uniwersytet Wrocławski. Przy wejściu siedzi Profesor (57) skupiony, spokojny, jakby zaraz miał rozpocząć wykład. Trochę dalej trafiasz na jednego z bardziej „odważnych” krasnali Szermierza, który stoi jak go Pan Bóg stworzył i dzierży parasol zamiast floretu.
Po drodze wpada jeszcze Literatek (58), a przy Ossolineum spotykasz Ossolineusza (59) i tu zdecydowanie warto zrobić przerwę. Ogrody Ossolineum to jedno z tych miejsc, gdzie wszystko nagle zwalnia: cisza, zieleń, ławki i idealny moment, żeby odłożyć mapę i po prostu posiedzieć.
Bo nawet w polowaniu na krasnale trzeba czasem zrobić pauzę.
Pokrążymy jeszcze chwilę po Rynku, zaczynając od pręgierza i tu znowu robi się gęsto. Przy kamienicach czeka kolejnych kilka krasnali, a jedne z fajniejszych to Piwożłopek z Piesełem (28), klasyka gatunku, Wrocław w pigułce oraz Troszka i Adoratorek (29), czyli mała scenka obyczajowa, która wygląda, jakby trwała tu od lat. W 2020 roku Wrocław był Miastem Literatury UNESCO i jak to w tym mieście bywa, nawet to dostało swoją krasnalową interpretację. Dlatego jeden z krasnali ma twarz indyjskiego poety Harivansha Rai Bachchana. Po drodze trafiasz też na Statuę Wolności w wersji krasnalowej, trochę przewrotną, trochę ironiczną, jak to w tym mieście bywa, oraz Wedelka, który bez żadnych skrupułów pałaszuje czekoladę i robi to tak, że od razu masz ochotę na coś słodkiego.
Dochodzi się do kamienic Jaś i Małgosia, gdzie przycupnął Wroclovek (48) z sercem na dłoni. A zaraz za nimi trafiasz na coś więcej niż pojedyncze figurki jest nawet dom krasnali (50), zastępy straży pożarnej (49) i dwóch wrocławskich baciarów: Ogórzałek i Opilek (51), którzy wyglądają, jakby właśnie kończyli długą noc.
Na placu przy kościele św. Elżbiety znajdziesz jeszcze kilku kolejnych, skręcasz w ul. Kiełbasniczą tam smacznie przy Hotelu śpi Chrapek (52), zaraz obok stoi Mastertonek, czyli ukłon w stronę Grahama Mastertona, autora bestsellerowych horrorów, thrillerów, powieści historycznych, romansów i… poradników seksuologicznych, bo czemu nie. To właśnie on napisał „Manitou”, pierwszą zachodnią powieść grozy wydaną w Polsce po 1989 roku, która dla wielu była wejściem w zupełnie nowy świat literatury.
Na ulicy Łaziennej dumnie prezentuje się Mała Lady Pank (53), to oczywiście mrugnięcie oka do legendarnego zespołu Lady Pank i całej tej energii polskiego rocka, która gdzieś między latami 80. a dziś dalej dobrze brzmi.
Na ulicy Szewskiej, tuż przy Katedrze św. Marii Magdaleny, wpadasz na krasnala Wentyla (25), motocyklistę, który wygląda, jakby za chwilę miał odkręcić manetkę i zniknąć między kamienicami. Totalnie nie z tej epoki, a jednak idealnie pasuje do Wrocławia, miasta, które lubi kontrasty.
I teraz obowiązkowy punkt programu: wdrap się na Most Pokutnic. To nie jest zwykły mostek, to kładka łącząca dwie wieże katedry, zawieszona wysoko nad miastem, z widokiem, który robi robotę o każdej porze dnia. Wchodzisz po schodach (trochę ich jest), łapiesz oddech i nagle masz Wrocław jak na dłoni – dachy, wieże, Odra gdzieś w tle.
A do tego dochodzi legenda. – o Tekli i Martynce (26). Tekla, piękna, ale próżna i leniwa dziewczyna z Wrocławia, została za karę przeniesiona na most między wieżami kościoła św. Marii Magdaleny, gdzie miała go zamiatać do końca świata. Z pomocą przyszła jej dobra czarownica Martynka, która dzięki czarodziejowi Michałowi wyprosiła jej wolność. Most Pokutnic pozostał jednak jako przestroga dla tych, którzy wolą zabawę od obowiązków.
Na Szewskiej, siedzi jeszcze jeden jegomość krasnal Klucznik (27). Dzierży klucz, jak przystało na kogoś, kto ma dostęp do wszystkiego: do historii, do legend i być może do paru dobrze zamkniętych piwnic. Siedzi spokojnie, nie rzuca się w oczy, ale jak go już zobaczysz, to masz wrażenie, że to on tu pilnuje całego porządku i że bez jego zgody nikt by nawet na ten Most Pokutnic nie wszedł.
Odbijamy w ulicę Ofiar Oświęcimskich i znowu robi się ciekawie, bo trafiamy na krasnale, które już nie tylko bawią, ale też nawiązują do bardzo konkretnych postaci i historii. Najpierw Krasnal Andrzej Waligórski (20) i tu już wchodzimy w klimat starego, dobrego Wrocławia. To ukłon w stronę Andrzeja Waligórskiego, satyryka, radiowca i współtwórcy legendarnego „Studia 202”. Gość, który przez lata robił dokładnie to, co krasnale robiły w latach 80. rozbrajał rzeczywistość humorem. Ten krasnal to trochę taki radiowy narrator miasta, który wie więcej, niż mówi. Obok bardziej współczesny Krasnal RMF FM
Obok spotykasz Szprechusia (19) i tu wchodzi język. Nazwa nawiązuje do niemieckiego „sprechen”, czyli „mówić”, co jest mrugnięciem oka do historii Wrocławia jako dawnego Breslau.
Wracamy na Świdnicką i od razu wchodzimy w mocniejszy klimat. Trafiasz na Solidariusza Walczącego (21) bezpośrednie nawiązanie do Solidarności Walczącej, czyli tej bardziej radykalnej, podziemnej części oporu z lat 80. Idąc dalej w stronę Rynku mijasz kolejne Krasnale (22), często ustawiane przez firmy, każdy z własnym pomysłem, zawodem i historią. W pewnym momencie trafiasz na Syzyfki (23) i to jest jeden z lepszych przykładów wrocławskiego humoru: dwa krasnale, które uparcie pchają kamień pod górę, jakby naprawdę wierzyły, że tym razem się uda.
Skręcamy w Oławską i znowu robi się gęsto. Tu krasnale są bardziej „uliczne”, bardziej w ruchu. Wpada Koronuś (24), gdzieś obok czai się Gauganek, a chwilę później trafiasz na Melomanów, jeden z krasnali woła do Ciebie i obowiązkowo przybijasz piątkę, nawet jeśli robisz to tylko w myślach.
Gdy podnosisz wzrok, znowu widzisz Słupniki te same, które wcześniej trzeba było wypatrywać na lampach. Wrocław lubi takie powtórki, tylko zawsze trochę inaczej.
Ruszamy w stronę Teatru Lalek i już po drodze wpada kilka mniej oczywistych krasnali, nie podam wszystkich aby nie psuć zabawy. :) I nagle, tuż przed wejściem do Ogrodu Staromiejskiego i samego teatru, trafiasz na największą instalację na całej trasie, fontannę Krasnale Wodne (14).
Jeśli jesteś tu z własnymi krasnalami (czytaj dziećmi), to obowiązkowo wchodzisz do parku, bo spotkasz krasnala robiącego selfie, bo są woliery z ptakami, retro karuzela i jest bardzo sensowny plac zabaw. A jeśli trafisz tu we wrześniu, to masz bonus, Wrocławski Festiwal Krasnoludków. Warsztaty, przedstawienia, animacje, dzieciaki przebrane za krasnale i całe miasto, które na chwilę jeszcze bardziej wchodzi w tę bajkę.
Idziemy ulicą Widok i robimy krótki przystanek przy biurze Parlamentu Europejskiego na parapecie siedzą Krasnale Europejczycy (15), czyli Komisia i Euruś. Małe, ale bardzo „urzędowe” chowają się pod parasolem, jakby właśnie kończyły debatę nad czymś ważnym, tylko w wersji krasnalowej z dystansem i lekkim uśmiechem.
Zawijamy w stronę ul. Kazimierza Wielkiego i na skwerze robi się znowu bardziej różnorodnie. Spotykasz Sufrażystkę (17), przypomnienie, że nawet w tej zabawie są wątki poważniejsze. Kilka kroków dalej trafiasz na Vincenta (16), pochłoniętego malowaniem trochę jakby Wrocław miał swoją własną wersję impresjonizmu, tylko w miniaturze. A obok, zupełnie bez skrępowania, wygrzewa się Glamurka (18) pełen luz, słońce i zero pośpiechu.
I nagle trafiasz na Papa Krasnala, znak, że jesteś przy Przejściu Świdnickim i jednocześnie w miejscu, gdzie to wszystko się zaczęło. Mały, spokojny, trochę z boku, ale z historią większą niż niejeden pomnik. To tu wraca cała opowieść o Pomarańczowej Alternatywie i o tym, że czasem śmiech robi więcej niż poważne hasła. Schodzisz w okolice przejścia i przy schodach zauważasz Unicefka, a obok leży kolejny turysta, który dopiero co „przyleciał” z Wrocławskiego Lotniska, trochę zmęczony, trochę zagubiony, jak każdy na starcie tej przygody. A potem znowu wracasz na Świdnicką i wszystko przyspiesza, kolejne krasnale pojawiają się co kilka metrów, każdy inny, każdy z własnym pomysłem na siebie, i znowu łapiesz się na tym, że z każdym kolejnym pojawia się uśmiech.
Po przejściu przez Dzielnicę Czterech Świątyń, gdzie na kilku ulicach spotykają się różne religie i epoki, warto na chwilę zwolnić i odbić do Synagogi Pod Białym Bocianem, miejsca, które nie krzyczy, tylko spokojnie opowiada historię; kilka kroków dalej robisz rzecz absolutnie obowiązkową: śniadanie w Mleczarni, gdzie klimat przypomina trochę krakowski Kazimierz (tak, w Krakowie też jest Mleczarnia), tutaj nikt nie pyta, czemu bierzesz ciasto albo Murphy’sa o 10 rano, siadasz, łapiesz oddech i na chwilę zapominasz, że jesteś „na trasie”.
Zaraz jednak wracamy do gry, bo kierunek jest jasny Urząd Stanu Cywilnego przy miejskiej fosie, gdzie przed wejściem stoją Krasnalowi Nowożeńcy (8) zawsze gotowi do zdjęcia i zawsze odrobinę bardziej eleganccy niż reszta, jeden z tych momentów, w których nawet najbardziej oporny turysta się uśmiecha.
Dalej idziemy w stronę Narodowego Forum Muzyki, nowoczesnego, surowego budynku, który kontrastuje z resztą trasy, ale krasnale już tam czekają, a przed wejściem stoi Szomol (9), postać nieprzypadkowa, bo nawiązuje do Włodzimierza Szomańskiego, założyciela Spirituals Singers Band, kompozytora, który przez lata propagował w Polsce muzykę gospel i napisał muzykę do ponad czterdziestu spektakli, w tym wielu dla dzieci, jego historia kończy się tragicznie w 2014 roku, ale tu, w tej małej formie, dalej „stoi” i pilnuje rytmu miasta, a na Placu Wolności robi się już koncertowo, bo spotykasz całą Krasnalową Orkiestrę (10), każdy gra na innym instrumencie, trochę jak w prawdziwym życiu, ale razem to działa, i nagle masz wrażenie, że to miasto nie tylko opowiada historię, ono ją po prostu gra.
Pozostajemy w muzycznych klimatach i kierujemy się pod Operę Wrocławską, gdzie czekają Śpiewak i Balerina (11), eleganccy, trochę teatralni, jakby właśnie wyszli na scenę na bis i tylko na chwilę zastygli w brązie, to jeden z tych momentów, gdzie nawet jeśli nie planowałeś opery, zaczynasz się zastanawiać, czy nie zajrzeć wieczorem do środka, afisze zachęcają do odwiedzin. Stąd już tylko krok na ul. Świdnicką, gdzie przy Monopolu robi się znowu gęsto od krasnali, kilka sztuk rozsianych jest wzdłuż ulicy, każda z własnym charakterem : Abruzjusz, Detektyw, Recyklinek, Florianek (12), trochę bardziej z przymrużeniem oka; tu spacer znowu przyspiesza, bo co kilka metrów coś błyska przy ziemi i znowu łapiesz się na tym samym: „jeszcze tylko jeden”. I bam... Krasnal Polisludek (13), nazwa brzmi niewinnie, ale to już bardziej korporacyjny żart, nawiązuje do świata ubezpieczeń, konkretnie do AXA i całej idei „polisy”, bezpieczeństwa i liczenia ryzyka.
Zaczynamy na Rynku, przy dwóch punktach informacji turystycznej klasycznym i tym „krasnalowym”. Bierzesz mapę, robisz pierwszy krok i… wpadasz. „Jeszcze tylko jeden krasnal”. Nie, to się nigdy tak nie kończy.
Na rozgrzewkę łapiesz szybkie dwa strzały: Krasnal Turysta i Pomagajek (1), oba kręcą się przy IT i od razu wprowadzają w klimat. Kilka metrów dalej, już w drodze na Plac Solny, wpadają kolejne: Rowerek i Cukiernik (2), niewinne, ale to już moment, kiedy zaczynasz patrzeć bardziej pod nogi niż przed siebie.
Na Rynek jeszcze wrócimy, bo tu się zawsze wraca, ale na razie skręcamy na Plac Solny, gdzie robi się gęsto. I to dosłownie.
Najpierw trafiasz na Demokrację (3) trzymającą Konstytucję, niby mała figurka, a jednak z ciężarem historii większym niż niejeden pomnik. Potem podnosisz wzrok i widzisz Słupników (4) na lampach, są trzy, ale gwarantuję, że za pierwszym razem znajdziesz jednego i będziesz się zastanawiać, gdzie reszta.
Pod budynkiem dawnej giełdy robi się już konkretnie, bo czeka tam aż czterech krasnali, w tym Długi (5), tu warto zwolnić i naprawdę się rozejrzeć, bo łatwo coś pominąć. Dalej, w stronę zaułka, trafiasz na Krasnala Mistrza (6), który spokojnie wykuwa iglicę, taki trochę wrocławski rzemieślnik, który robi swoje i nie patrzy na turystów.
A potem dochodzisz do miejsca, gdzie historia wraca z lekkim uśmiechem, przy Konspirze, knajpie stylizowanej na PRL, spotykasz Wyrostka i Zadymka, którzy z rozbrajającą powagą piłują milicyjną pałkę, oraz Konspirka (7), który maluje znak Solidarności Walczącej.
I nagle dociera do ciebie, że to nie jest tylko spacer.
To jest historia opowiedziana na kolanach.
Dla dzieci przygotowano specjalną mapę z około 60 krasnalami i zestawem naklejek (ok. 25 zł), która zamienia spacer w małą grę terenową, a dla bardziej ambitnych jest druga opcja, mapa z większością krasnali (ok. 15 zł), pozwalająca podejść do tematu już bardziej „kolekcjonersko”, ale nawet z mapą trzeba mieć oczy szeroko otwarte, bo krasnali jest znacznie więcej i ciągle przybywają, więc można znaleźć coś ponad plan i to nie tylko w centrum, bo poukrywane są też przy szpitalach, w Zoo, w Ogrodzie Botanicznym i w wielu mniej oczywistych miejscach, gdzie trafia się na nie trochę przypadkiem, a to właśnie daje największą frajdę. Ciekawą opcją jest odwiedzenie Domu Krasnali nam jeszcze się to nie udało mieści się Rynek 35-37.
Pierwsze kroki najlepiej skierować do jednego z dwóch punktów informacji turystycznej w samym sercu miasta – masz klasyczny, oficjalny punkt IT i pierwszy krasnal 1. na Rynku oraz drugi, tuż naprzeciwko, w całości poświęcony krasnalom, gdzie oprócz mapy dostaniesz konkrety, ciekawostki i od razu złapiesz klimat tej trochę absurdalnej, a bardzo wrocławskiej zabawy.
Malowanie krasnali na murach to jedno, ale postawić je na stałe, w samym centrum miasta, to już zupełnie inna historia, dlatego w 2001 roku przy ul. Świdnickiej stanął pierwszy „legalny” krasnal z brązu, Papa Krasnal, dokładnie w miejscu dawnych happeningów Pomarańczowej Alternatywy, i nie był to przypadek, tylko świadomy symbol: mały, trochę ironiczny, jakby mówił „i tak tu będę”, przypominając, że śmiech potrafi przetrwać wszystko. Potem poszło już szybko od 2005 roku zaczęły pojawiać się kolejne figurki, coraz bardziej „miejskie”, związane z konkretnymi miejscami i historiami, aż w końcu ktoś odkręcił kurek i dziś swoje krasnale mają banki, restauracje i instytucje, a ich liczba dawno wymknęła się liczeniu, co w sumie jest najlepsze, bo Wrocław zrobił coś sprytnego, zamienił historię oporu w miejską grę, bez patosu i wielkich pomników, za to z uśmiechem, dzięki czemu zamiast patrzeć w górę na fasady, zaczynasz patrzeć pod nogi i tam, między kostką brukową, siedzi krasnal z kuflem, który mówi wszystko, co trzeba o tym mieście.
Wrocław to jedno z tych miast, które nie musi się napinać. Nie udaje Krakowa, nie ściga Warszawy. Ma swoje tempo, swoją Odrę, swoje mosty i… armię krasnali, które przejęły ulice bez jednego wystrzału. I to nie jest marketingowy wymysł, to historia trochę absurdalna, trochę buntownicza, a dziś całkiem dochodowa.
Żeby dobrze zrozumieć te małe figurki, trzeba cofnąć się w czasie do Lat 80, Wrocław, PRL. Miasto jest jednym z ważniejszych ośrodków opozycji. Na murach pojawiają się hasła antysystemowe. Milicja je zamalowuje, najczęściej zwykłą, szarą farbą. I tu wchodzi Pomarańczowa Alternatywa, , która zamiast walczyć poważnie, wyśmiewała system. Nie pisze kolejnyche haseł, zaczyna robić coś absurdalnego, na tych szarych plamach malują… krasnale. Proste, śmieszne, trochę dziecinne. Ale właśnie o to chodziło.
Bo jak zareagować na krasnala?Aresztować go?Zamalować? (czyli znowu zrobić miejsce na kolejnego?). To była wojna na absurd.
Organizowano happeningi, gdzie ludzie przebierali się za krasnale, rozdawali papier toaletowy, stali w kolejkach „na niby”, robili rzeczy kompletnie niegroźne, ale totalnie rozbrajające system. Milicja próbowała reagować poważnie. I przegrywała. Bo nie da się wygrać z kimś, kto zamiast walczyć uskutecznia teatr.
Sprawdź nas:
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.