Docieramy też na główny plac miasteczka, gdzie stoi Igreja de Santa Maria, najważniejszy kościół w Óbidos. Świątynia ma średniowieczne korzenie, choć jej wnętrze zdobią późniejsze, barokowe elementy i charakterystyczne portugalskie azulejos. To miejsce zapisało się też w historii Portugalii – w XV wieku odbył się tu ślub króla Afonso V z jego kuzynką Izabelą. Panna młoda miała wtedy zaledwie dziesięć lat.
Óbidos jest trochę jak dekoracja filmowa. Małe, turystyczne, momentami wręcz cukierkowe. Ale kiedy pada deszcz, ulice pustoszeją, a bruk błyszczy w świetle latarni, nagle robi się tu naprawdętajemniczo i średniowiecznie.
W sklepach co chwilę pojawiają się krzyże templariuszy. Z ciekawości sprawdziłem więc, czy zakon rzeczywiście był związany z Óbidos. Historia jest trochę mniej romantyczna niż pamiątki.
Miasto zdobył w XII wieku pierwszy król Portugalii, Afonso Henriques, podczas rekonkwisty odbierającej te tereny Maurom. Templariusze rzeczywiście działali wtedy bardzo aktywnie w Portugalii i wspierali króla w walkach. W nagrodę otrzymywali ziemie i przywileje, dzięki którym zbudowali w kraju sieć twierdz i komandorii.
Nie ma jednak dowodów, że zakon miał swoją siedzibę w samym Óbidos. Najważniejszym ośrodkiem templariuszy w Portugalii było Tomar, około osiemdziesięciu kilometrów stąd. W 1160 roku wielki mistrz prowincji portugalskiej, Gualdim Pais, założył tam potężną twierdzę i klasztor, który z czasem rozrósł się w imponujący kompleks znany dziś jako Convento de Cristo.
Templariusze odegrali w Portugalii ogromną rolę – bronili nowych granic królestwa, zakładali miasta i kontrolowali ważne szlaki handlowe. Ich potęga skończyła się dopiero na początku XIV wieku, kiedy papież rozwiązał zakon pod naciskiem króla Francji Filipa IV.
Portugalia znalazła jednak sprytne wyjście z tej sytuacji. Król Dinis I nie chciał tracić doświadczonych rycerzy ani ich majątku, więc w 1319 roku powołał Zakon Chrystusa, który w praktyce przejął ludzi, ziemie i tradycje templariuszy. Kilka wieków później to właśnie ten zakon finansował portugalskie wyprawy morskie i epokę wielkich odkryć geograficznych.
Za bramą zaczyna się Rua Direita – główna brukowana uliczka. Co kilka metrów sklep z pamiątkami, rękodziełem, ceramiką albo butelkami ginji. Są też restauracje i bary, z których pachnie grillowaną rybą i czosnkiem. Turystycznie? Oczywiście. Ale trudno odmówić temu miejscu klimatu.
Odbijamy w lewo i dochodzimy do murów miejskich. Można na nie wejść i zdecydowanie warto, choć trzeba uważać. Mur nie ma barierek, a gdy pada deszcz, kamień robi się wyjątkowo śliski. Idę więc sam powoli, przyklejony do ściany jak jaszczurka.
I właśnie do Tomar pojechaliśmy wcześniej, żeby zobaczyć Convento de Cristo – największą templariuszową twierdzę w Portugalii. Plan był prosty: najpierw Tomar, potem Óbidos, żeby sprawdzić historię templariuszy u źródła.
Niestety przez Portugalię od kilku dni przetaczał się orkan. Drogi zasypane były gałęziami, drzewa pochylone albo połamane jak zapałki. Na parkingu pod klasztorem leżał zwalony wielki dąb, a wokół słychać było pracujące piły – służby porządkowe usuwały kolejne powalone drzewa.
Kiedy w końcu dotarliśmy pod Convento de Cristo, największą atrakcję miasta, na drzwiach wisiała kartka: brak prądu – zamknięte.
Klasyczne podróżnicze „pocałowanie klamki”.
Tuż obok parkingu ciągnie się kamienny akwedukt z XVI wieku, który kiedyś doprowadzał wodę do miasta. Dziś robi głównie za eleganckie wprowadzenie do tego, co zaraz zobaczycie za murami. Do miasta wchodzimy przez bramę, w której znajduje się mała kaplica wyłożona azulejos – biało-niebieskimi płytkami przedstawiającymi sceny pasyjne. Jeszcze mokrzy po ulewie, a już przystajemy, żeby obejrzeć azulejos z bliska.
Widok z góry wynagradza wszystko. Przed nami zamek górujący nad miasteczkiem, białe domy z pomarańczowymi drzewami w ogrodach i dachy w kolorze wypalonej cegły. Całość wygląda trochę jak makieta – zbyt idealna, żeby była prawdziwa.
Schodzimy w stronę zamku. Twierdza powstała w XII wieku po rekonkwiście Portugalii i przez wieki była przebudowywana. Dziś mieści się tu pousada, czyli hotel w historycznych murach. Jeśli ktoś chce spełnić podróżniczą fantazję o noclegu w średniowiecznym zamku – to właśnie jedno z tych miejsc.
Wracamy więc myślami do Óbidos, gdzie jedna rzecz jest absolutnie obowiązkowa. Nie da się być w Óbidos i nie spróbować Ginjinha, czyli lokalnego likieru wiśniowego, który jest tu niemal tak obowiązkowy jak spacer po murach. W małych sklepikach i okienkach przy ulicy sprzedawany jest w mini kieliszkach, często… z czekolady. Najpierw wypijasz słodko-cierpki likier z wiśni ginja, a potem zjadasz kieliszek. Proste, genialne i bardzo portugalskie. W środku często pływa owoc, który na koniec ląduje na łyżeczce albo prosto z kieliszka. Najbardziej znane miejsce to Ginjinha da Vila, gdzie kolejka potrafi być dłuższa niż do niejednej atrakcji turystycznej – ale akurat tu warto chwilę postać. 🍒🍫
Tuż obok trafiamy na coś, czego jeszcze nie widziałem. Dawny kościół św. Jakuba zamieniono w księgarnię.
Świątynia powstała w XII wieku, ale przez wieki była kilkakrotnie niszczona – najpierw przez pożary, później przez trzęsienie ziemi w XVIII wieku. Po kolejnych odbudowach kościół stopniowo tracił znaczenie religijne i w końcu został zdekonsekrowany.
Kilka lat temu miasto postanowiło dać mu nowe życie. Wnętrze zamieniono w Livraria de Santiago – księgarnię i przestrzeń literacką. Dziś między dawnymi murami świątyni stoją regały z książkami, odbywają się spotkania autorskie i wydarzenia związane z literaturą. To element większego projektu – Óbidos od kilku lat promuje się jako Miasto Literatury UNESCO.
Reszta spaceru to już klasyka takich miejsc. Błądzimy między wąskimi uliczkami, mijamy białe domy z niebieskimi i żółtymi pasami, balkony pełne pelargonii i niewielkie place, które nagle pojawiają się między budynkami. Docieramy też do kościoła Santa Maria w centrum miasteczka.
Parking : Najwygodniejszy parking znajduje się tuż przed murami miasta, od strony głównej bramy Porta da Vila. Jest duży i łatwo dostępny, ale warto mieć przy sobie gotówkę, bo automaty nie zawsze akceptują karty. W sezonie miejsca szybko się zapełniają, dlatego najlepiej przyjechać rano lub późnym popołudniem.
Najlepsza pora na wizytę: Óbidos jest popularnym celem jednodniowych wycieczek z Lizbony. Między godziną 11 a 16 potrafi być naprawdę tłoczno. Najlepszy moment na spacer po mieście to wczesny poranek albo wieczór, kiedy wycieczki już wyjadą.
Ginja : Koniecznie spróbujcie lokalnego likieru wiśniowego ginja. Najczęściej podawany jest w małym kieliszku z czekolady – najpierw wypijacie likier, potem zjadacie kieliszek. Najbardziej znane miejsce to niewielkie okienko Ginjinha da Vila przy Rua Direita.
FestiwaleMiasteczko żyje festiwalami, które potrafią całkowicie zmienić jego charakter:
Festiwal Czekolady (marzec–kwiecień) – całe miasto pachnie kakao i deserami.
Mercado Medieval (lipiec) – średniowieczny jarmark z rycerzami, muzyką i straganami.
FOLIO – festiwal literacki (jesień) – wydarzenia literackie, spotkania z autorami i wystawy.
Gdzie zjeść
Tasca Torta – mała restauracja z portugalską kuchnią domową.
Petrarum Domus – dobre miejsce na spokojną kolację i kieliszek wina.
Jamón Jamón – świetne tapas i przekąski, dobre na szybki przystanek.
Óbidos przywitało nas ulewą. Nie romantyczną mżawką, tylko solidnym portugalskim prysznicem z nieba. Sztormiaki poszły w ruch i tak ubrani ruszyliśmy eksplorować miasto, które wygląda jak wyjęte wprost ze średniowiecznej pocztówki.
Sprawdź nas:
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.